Kazbek z dwóch perspektyw – wersja Marty

Ci, co śledzą naszego Facebooka wiedzą już, że na szczyt weszliśmy, jednak nie znają wszystkich szczegółów. Postanowiliśmy napisać z Michałem dwa oddzielne posty o Kazbeku – jeden z mojej perspektywy i drugi z jego. Dlaczego? Choćby dlatego, że ja jako kobieta i osoba, która pierwszy raz wchodzi na taką górę odczuwa i myśli nieco inaczej niż facet. Ale też dlatego, że wciąż myślę, że mimo, że z Michałem rozmawiałam już o tym z tysiąc razy to i tak gdzieś po drodze pewne rzeczy i myśli nie zostały jeszcze opowiedziane. Zapraszam więc dziś na Kazbek z mojego punktu… wchodzenia. 😉

3 fazy przedwyjazdowe

Zauważyłam, że przed niemal każdą podróżą i każdą większą imprezą przechodzę trzy fazy:

  1. Nadmiernej ekscytacji.
  2. Radosnych przygotowań.
  3. I „oesu, nie chce mi się, zostaję w domu”.

Myślę, że też trzeciemu punktowi w przypadku podróży winne jest pakowanie (imprezy – stały problem „nie wiem/mam, co założyć”). I mimo że do Gruzji lecieliśmy z bagażem podręcznym i rejestrowanym, co dawało wiele możliwości zapakowania się, to wcale proces nie był łatwiejszy. Jeszcze w ostatniej chwili wyjęliśmy parę ciuchów, co dało nam dodatkowe wolne 2 kg (na wino w drodze powrotnej, hehe). Teraz wiem, że gdybyśmy się mieli pakować jeszcze raz, to na pewno zaoszczędzilibyśmy jeszcze więcej miejsca.

Ruszamy na lotnisko.

Nadszedł w końcu 28 czerwca, dzień wylotu, i faza trzecia. Zapakowaliśmy jednak nasze nieco ponad 50 kilogramów szpeju do samochodu i pomknęliśmy na lotnisko wiecznych opóźnień. Czyli na Chopina (kto ostatnio lecąc stamtąd nie miał opóźnienia – brawo Ty!). Na lotnisku przywitały nas kolejki, tłumy z walizkami, zamęt i bałagan. Okazało się, że kilka lotów zostało odwołanych. Na szczęście nasz był „tylko” opóźniony o 40 min. Sam przelot odbył się bez żadnych problemów i bezpiecznie wylądowaliśmy w Tbilisi.

Marszrutkowy zawrót głowy

Z lotniska złapaliśmy autobus (taksówka to koszt jakiś 30 lari za dwie osoby, bus 1 lari i 50 tetri), który dowiózł nas na stację metra, skąd dalej dotarliśmy na Didube, ogromny bazaro-przystanek marszrutkowy. Marszrutki to taki rodzaj zbiorowych taksówek. W Gruzji chyba najpopularniejszy rodzaj masowego transportu.

I tutaj warto uważać, bo na Didube czają się woziciele, którzy za 30 lari chętnie zawiozą Was do Stepantsmindy (Kazbegi), leżącej u podnóża Kazbeku. Ale są też inni, równie chętni, którzy zrobią to za 10 lari. Daje to oszczędność ok. 25 zł na osobie. Więc jak już wejdziecie na Didube, to mówcie, że chcecie zapłacić 10, a zapewniam, że ktoś Wam wskaże właściwe miejsce.

Pomknęliśmy marszrutką, podskakując radośnie na dziurawych drogach i podziwiając krajobrazy zza okna. W tym miejscu polecę nie siadać na ostatnich siedzeniach, jeśli są one podwyższone – guz na głowie gwarantowany. Podróż do Kazbegi trwa od 3 do 4 godzin w zależności od „chcenia się” i stopnia brawury woziciela. A raczej im się chce, bo im szybciej jeżdżą, tym więcej kursów mogą zrobić. Także na wstępie macie już nieco dobrej adrenaliny gratis.

Michał nierozłączny z GoPro 6.

Dzień pierwszy i pod górę

Gdy dotarliśmy już na miejsce,  skierowaliśmy się do agencji turystycznej Mountain Freaks. Ewa, właścicielka, miłośniczka Gruzji i Polka z pochodzenia, wypożyczyła nam namiot (bo ten, który zabraliśmy średnio się nadawał na komfortowe noclegi w wysokogórskich warunkach), czekany (bo to dodatkowe kilka kilogramów mniej w bagażu), no i gaz (którego samolotem nie wolno transportować). Tak wyekwipowanych skierowała do guest house’u z widokiem na Kazbek.

W poszukiwaniu sklepu.
Kazbegi.
Pierwszego dnia Kazbek się chował w chmurach.
Wiecie, jednak nie wszystko znaleźliśmy w tym sklepie…
Wszędobylskie krowy.
Wieczorem Kazbek pokazał swe oblicze.
Chciałam kupić pocztówkę, ale zapomniałam…
Tyle rzeczy wynieśliśmy do góry.

Następnego dnia, w sobotę, ruszyliśmy z Kazbegi do poradzieckiej stacji meteorologicznej obecnie pełniącej funkcję schroniska, leżącej na zboczu Kazbeku. Szliśmy około 9 godzin w pełnym słońcu. Co się umęczyliśmy, to nasze. Co spaliłam sobie kark, to moje. Po drodze spotykaliśmy grupy wspinaczy w różnym wieku i różnej narodowości. Ciekawe doświadczenie – rozmawiać po polsko-rosyjsko-angielsko-ukraińsko-gruzińsku. Niektórzy szli w grupkach, inni parami, ale spotykaliśmy też Ukraińca, idącego samotnie. Co ciekawe, jego plecak ważył chyba tyle samo, co on sam. Później się okazało, że niósł namiot, metalowe puszki i, o ile dobrze widzieliśmy, półtoralitrową butlę piwa.

Tak było rano. Obiecujące widoki.

Część drogi można przebyć taksówką, dzięki czemu oszczędza się około półtorej do dwóch godzin marszu. Koniec trasy dla samochodów to jedno z najładniejszych i najbardziej znanych miejsc w kraju – Cminda Sameba, prawosławny kościół, stojący na wysokości 2170 m n.p.m.

Cminda Sameba. Najbardziej pocztówkowa świątynia w Gruzji.

Szliśmy wśród zieleni, skał i pięknych widoków. Podejrzewam, gdybyśmy mieli więcej czasu w Gruzji podejście rozłożylibyśmy na kilka dni, żeby móc się cieszyć okolicą.

Nasz tymczasowy pies.
Z widokiem na Kazbek.

Po kilkugodzinnym marszu i kilku przerwach dotarliśmy pod lodowiec. Pierwszy raz znalazłam się na takiej wysokości i mój organizm zaczął stawiać opór. Pojawił się lekki ból głowy i uczucie mdłości. W zasadzie towarzyszyły mi przez ostatnie 3 godziny wchodzenia, a zaczęło się jeszcze przed lodowcem. Była myśl o zawracaniu, ale znając siebie mówiłabym potem: a mogliśmy tam wejść, choćby do meteo! Tym bardziej, że Michał idąc obok mówił, że to tak wygląda, że taka reakcja jest normalna, że najpewniej przejdzie, jak się trochę przyzwyczaję. Miał rację.

To kolorowe to była stacja meteo, obecnie schronisko.
Obóz i widok na bazę Bezpiecznego Kazbeku.

Przeszliśmy cało przez lodowiec, wdrapaliśmy się do bazy i… co to była za ulga! I radość! Na miejsce dotarliśmy przed 20. Złe samopoczucie odeszło. Po opłaceniu noclegu (doba za namiot to 10 lari), poszliśmy do ekipy z Bezpiecznego Kazbeku (o nich więcej będzie w kolejnych wpisach), którzy zaaplikowali nam po gorącej herbacie, co już do końca ukoiło mój żołądek.

Romantyczny wieczór.

Dzień drugi – aklimatyzacja

Aklimatyzacja każdemu przychodzi inaczej. Ja w drodze do meteo czułam się kiepsko, Michał natomiast nie miał żadnych problemów. W niedzielę sytuacja się odwróciła i to on chodził z bólem głowy.

Jeśli chodzi o spanie na takiej wysokości, to mimo zmęczenia, ciężko o dobry sen. Tym bardziej, że na górze wiało niemiłosiernie. Wiatr wył między kamieniami i łopotał namiotem tak, że miało się wrażenie, że zaraz odlecimy razem z nim…

Niedzielę  spędziliśmy na aklimatyzacji. Doszliśmy do Kapliczki powyżej meteostacji (na 3950 m n.p.m.). Spakowaliśmy też część rzeczy, przygotowaliśmy ciuchy i jedzenie na drogę. Nie mogłam też dopuścić, aby znaleźć się na szczycie nazbyt brudnym, więc jako jedyna w całej bazie umyłam głowę – trochę w nagrzanej przez Michała wodzie, a trochę w wodzie wprost z lodowca.

Zwiedzamy okolicę.
Kapliczka – aklimatyzacja.
Widok na bazę. Poniżej lodowiec.
Mój model. 🙂
No a jak… musiałam!

Tego dnia czułam się super dobrze, co dało mi nadzieję na pozytywny wynik ataku szczytowego dnia następnego. Jednak gdy położyliśmy się spać na te kilka godzin, to dopadły mnie pewne obawy… Nie mogłam zasnąć, a czas uciekał. Bałam się, że zmęczenie ze mną wygra.

Dzień trzeci – ruszamy na szczyt

Nie wiem, ile przespałam, może ze 2-3 godziny. O północy obudził mnie ciepły oddech i szept nad moim uchem.

– Marta, idziemy?
Usłyszałam z ciemności.
– Idziemy? – powtórzył głos z ciemności. – Jest 10 po północy. Dobrze się czujesz?
– Nie wiem, daj mi moment – wymamrotałam, bo na więcej nie było mnie stać. Helikopter w głowie, tsunami w żołądku. Wysokość dała się jednak we znaki…

– Wiesz, ogarniamy się. Nie traćmy czasu, jak się nie poprawi, to nie pójdziemy – powiedziałam.

Do wyjścia wyszykował nas Michał. Spakował kaski, linę, uprzęże, śruby lodowe, raki, termos z herbatą, czekolady i batony na drogę, puchowe kurtki. A ja toczyłam walkę z bólem głowy i niesubordynacją żołądka. Przed samym wyjściem dostałam do wypicia trochę herbaty, jednak zawartość kubka niemal natychmiast znalazła się za połami namiotu. Michał patrzył na mnie z troską, a ja z kolei czułam wielkie poczucie winy, że przez moje dolegliwości nasz cel wyprawy nie zostanie osiągnięty. Wygrało jednak przeświadczenie, że jakoś to będzie i że zawsze można zawrócić.

Wszystko było już gotowe, szkoda było jedynej okazji. Dokładnie o 1.03 w nocy ruszyliśmy. Nie robiłam po drodze zbyt wiele zdjęć. W zasadzie do wschodu słońca powstało dosłownie jedno.

Jeśli ktoś Wam powiedział, że w górach jest cicho i spokojnie… To nie, nawet nocą nie jest. Z dala słychać strumienie wody wypływające spod lodu. Słychać jak ten lód kruszy się i pęka, a z dali dolatuje huk odrywających się głazów wielkości telewizorów lub pralek, które potem przez wiele metrów toczą się w hałasie. Pod stopami chrzęszczą kamienie, lód albo śnieg, kijki uderzają o podłoże, zgrzytając głośno. Wiatr przeraźliwie wyje między skałami, a wśród tych wszystkich dźwięków słyszysz swój oddech. A im jesteś wyżej, tym bardziej jest zachłanny i chrapliwy.

Ruszyliśmy.
Stąd spadały kamienie.

Początkowo szło się dobrze. Za wyjątkiem mojego rozstroju żołądka. Jeszcze przez kilka godzin nie chciał przyswajać żadnych pokarmów i płynów. Nie ma co ukrywać: rozwolnienie nie jest przyjemną sprawą. A rozwolnienie na niemal 4 tysiącach metrów jest ekstremalnie nieprzyjemną rzeczą. I dla jasności, dla tych, co mogą nie wiedzieć: to jest zupełnie normalna reakcja organizmu na wysokość. Organizm chcąc zagęścić krew, próbuje się odwodnić na różne sposoby. Nie każdego to spotyka, każdy reaguje inaczej. Ja w losowaniu trafiłam akurat na to…

Minęliśmy ostatnie większe skały, założyliśmy raki, związaliśmy się liną (kaski i uprzęże założyliśmy jeszcze w bazie)  i weszliśmy na lodowiec. O tej porze roku z wierzchu to raczej warstwa mokrego śniegu. Przyznam, że nie tak to sobie wyobrażałam, myślałam, że naprawdę więcej tam będzie… lodu.

Najgorszy jednak był wiatr, który zaczął dmuchać prosto w twarz. I dmuchał tak do samego szczytu. Na otwartej przestrzeni zrobiło się zimno. Do tego stopnia, że nie czułam dłoni. Tutaj nastąpił pierwszy kryzys. Usiadłam z boku wydeptanej już drogi – przed nami szło jakieś 20 osób w zespołach 3-5 osobowych. Zaczęły mi lecieć łzy bezsilności, miałam dość, chciałam zawracać. Michał pozbierał mnie z ziemi, przytulił, dał chemiczne ogrzewacze do rąk i powiedział: chodź, zaraz dosięgnie nas słońce i będzie cieplej. Miał rację. Ten moment tuż przed wschodem jest przeraźliwie zimny. Idąc w słońcu było już lepiej. Nie cieplej, ale na pewno jakoś tak… raźniej.

Nie wiem,jak on dawał ze mną radę. Ja bym ze sobą nie dała. 😀

Długie podejście mocno weryfikuje kondycję i przygotowanie górskie. Weryfikuje też nastawienie psychiczne. Czytałam gdzieś, że idąc pod górę, ludzie nie myślą o niczym konkretnym. Ja się wciąż zastanawiałam, dlaczego tam się wspinam, po co to robię i co mi to da. Kilka osób zawracało z drogi na różnych etapach. Nie wiem dlaczego, ale to w jakiś sposób mnie motywowało i pchało do góry. Chociaż mi szło się coraz ciężej.

Toaleta po drodze. 😉

W pewnym momencie wypracowaliśmy z Michałem system wchodzenia: 10 kroków, pauza i 10 oddechów, 10 kroków, pauza i 10 oddechów. Powyżej 4500 m masz uczucie, że zaczyna cię nieprzyjemnie przyduszać. To podobny rodzaj „brakującego powietrza” jak przy dusznościach astmatycznych. Michał zwolnił do mojego tempa, chociaż i tak powtarzał, że jest nieźle i żebym się nie przejmowała. W pewnym momencie pojawiło mi się myślenie, że przecież muszę dać radę, bo Michał lezie tu ze mną, a On już tu był. I to zimą! Więc idzie tu tylko po to, żebym i ja mogła tam wejść. Doszedł kolejny bodziec motywacyjny. Ale… do czasu.

Szczytowy kryzys

Do czasu, gdy zostało już do szczytu nieco ponad 40 metrów wysokości i znaleźliśmy się na przełęczy, myślałam, żeby zawrócić. Albo żeby poczekać, aż Michał wejdzie i zejdzie. Było zimno, wiało, a zmęczenie dawało się mocno we znaki. Byliśmy po 9-10 godzinach ciągłego marszu. W tym ja niemal bez jedzenia i picia, bo nawet jeśli chciałam coś jeść, to bałam się powtórki z pierwszych trzech godzin wędrówki. W sumie w całej drodze zjadłam może jednego batona i wypiłam kilka łyków herbaty. Międzyczasie nie chcąc zatrzymywać Michała na picie, jadłam też śnieg w ramach nawodnienia.

Widok na szczyt. Wcale nie wygląda na zdjęciu tak stromo. Jednak widać szlak – mocny trawers.

Wiatr zaczął zwiewać z powierzchni zmarznięty śnieg i miało się wrażenie, że zewsząd wciskają się w ciało drobiny szkła. Poleciały łzy bezsilności. Znowu. Moja standardowa reakcja na taki stan. Znowu usiadłam, powiedziałam, że mam dość, że mi się już nie chce, że trudno i sorry, ale nie. Choć z drugiej strony głowy tłukło mi się takie „idź, idź, idź, idź!”.
– Chodź, bo będę potem słuchał, że nie weszłaś. Na pewno dasz radę, będziemy powoli szli – wbił się Michał między moje „nie dam rady” a „idź”. I tak szliśmy chyba najwolniej. Bo mimo, że wyszliśmy jako pierwsi albo drudzy z bazy, to na szczyt wchodziliśmy jako przedostatni.

– Chodź, wejdziemy – powtórzył raz jeszcze. Posłuchałam. W zasadzie na szczyt Michał niemal mnie wciągnął na tej linie. Ostatnie podejście było naprawdę strome i musieliśmy mocno trawersować.

Kazbek zdobyty podwójnie

Po około 10-11 godzinach weszliśmy.

Miał rację, że do końca życia wysłuchiwałby, że nie weszłam. Jednak zrobiłam to. Zrobiliśmy! Stanęliśmy na szczycie Kazbeku razem!

Siedzieliśmy na szczycie kilka-kilkanaście minut. Już nie pamiętam, nie liczyłam czasu. Z jednej strony czułam się zupełnie wyzuta z emocji i chyba nie do końca sobie zdawałam sprawę z całego przedsięwzięcia. Z drugiej byłam bardzo szczęśliwa. Chyba w tym wszystkim najcudowniejszy był fakt, że byliśmy tam razem i tylko we dwoje. I wiecie co? W końcu okazało się, dlaczego Michał mnie tak wciągał…

Ze szczytu. Michał ma więcej ujęć widoków. Ja żałuję, że nie zrobiłam więcej zdjęć. Chyba byłam zbyt otumaniona…

Widoki były naprawdę nieziemskie. Przeżycie niezwykłe. Wyjątkowe. No bo ile osób wlazło na gruzińskie 5047 metrów nad poziomem morza, żeby się zaręczyć?!

Zejście

Podczas zejścia sytuacja się odwróciła. To ja szłam przodem. Energie czerpałam chyba ze słońca. Albo pierścionka. 😀 Sama nie wiem. Michała za to dopadło zmęczenie, powoli dreptał na linie i milczał. Znowu szliśmy przez lodowe pustkowie, śniegi, potem skały. W końcu po kilku godzinach doszliśmy do bazy. Michał od razu zasnął, mimo że było około 14. Wcale mu się nie dziwię, gdybym mogła sama bym to zrobiła. Jednak pozostało mi tylko wiercenie się w śpiworze i chwilowe drzemki w oczekiwaniu aż się obudzi.

Rano szybko się spakowaliśmy, nakarmiliśmy resztkami jedzenia nasze tymczasowe psy, pożegnaliśmy się z chłopakami z Bezpiecznego Kazbeku i ruszyliśmy. W dół. Do Kazbegi. Jako zdobywcy Kazbeku, jako narzeczeni i zadowoleni z siebie ludzie.

Pamiątka po wejściu Michała i Ekspedycji Zimowej Kaukaz.
Schronisko w środku.
Jeden z tymczasowych psiaków.
Na lodowcu
Tutaj też zostawia się wieże z kamieni. Jednak mają one wskazywać kierunek marszu.
Po drodze minęliśmy ekipę z Mountain Freaks. Niektórzy ruszają w górę z końmi.
Chwila relaksu.
I w dół.

Myślałam wtedy, że już więcej nie będę chciała wejść na żaden szczyt. No bo w sumie po co? Tyle męczenia się, dźwigania, zimna, stresu, złego samopoczucia, łez bezsilności… Jednak teraz, z perspektywy czasu, chciałabym znowu spróbować swoich sił. Dlaczego? Sama nie wiem. Nie czuję się jakoś specjalnie umocniona, podbudowana, nie jestem pewniejsza siebie niż przed Kazbekiem. Choć niektórzy myślą, że zdobywa się wierzchołki, żeby coś sobie udowodnić. Szczerze?

Spotkany po drodze.
Kolejny pies.

Na szczyty się wdrapujemy, bo są. Bo można. Ja nie widzę w tym żadnego wielkiego celu, ukrytych znaczeń. Cały trud wejścia wynagradzają z nawiązką widoki i satysfakcja, którą się odczuwa. Chociaż mi towarzyszyła też wdzięczność względem Michała, który mnie zabrał na Kazbek. Gdyby nie on wiele w życiu by mnie ominęło. 🙂

 

Miałam wrażenie, że to najlepsze, co mogliśmy zjeść będąc z powrotem w Kazbegi.
Trzeba było uczcić wejście na Kazbek i zaręczyny.
Ostatnia noc pod Kazbekiem.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *